Jak Somatic Experiencing pomaga uleczyć traumę?

z16477576IE,DNA

Przez lata potrafimy zwodzić samych siebie, że radzimy sobie z trudnymi doświadczeniami, ale nie oszukamy ciała, które je zbiera i magazynuje. O skutecznej pracy z ciałem opowiada terapeutka Dorota Hołówka.

Rozmawiała Maria Fredro-Boniecka dla magazynu SENS maj 2017

W marcu organizowała pani konferencję poświęconą metodom terapeutycznym wykorzystującym pracę z ciałem. Kilka z nich ma leczyć traumy i uwalniać od towarzyszącego im chronicznego stresu. Która według pani jest najciekawsza i najskuteczniejsza?

Najwięcej mogę opowiedzieć o Somatic Experiencing (SE), bo sama tą metodą pracuję. Obecnie to chyba najbardziej nowatorska metoda. SE głównie zajmuje się traumą szokową czyli przeżyciami, na które składają się trzy czynniki: za dużo. za szybko i za nagle W takich sytuacjach kład nerwowy nie jest w stanie zintegrować tego co człowiek doświadcza na poziomie emocjonalnym. Przykładem może być wypadek samochodowy, w którym ginie bliska osoba. Organizm, żeby mógł przetrwać, wchodzi w fazę ucieczki albo zamarcia, po to żeby chronić się przed odczuwaniem cierpienia.

imagesDr Peter A. Levine, twórca metody, obserwując zwierzęta, zauważył, że po doświadczeniu sytuacji zagrożenia zaczynają mocno drżeć. W ten sposób wyładowują napięcie mięśniowe, które nastąpiło wskutek silnego stresu, a ich układ nerwowy sam się reguluje i trauma znika. U ludzi nie jest to takie proste. Rozpamiętujemy, zaczynamy fantazjować, tworzyć czarne myśli, wspominać i ciągle dostarczamy układowi nerwowemu informację, że nie jest bezpiecznie. Wiele osób myśli, że skoro bez problemu może opowiadać o trudnym wydarzeniu to znaczy, że się go pozbyliśmy. Nic bardziej mylnego. Dowodzi tego nasze ciało, które ją przechowuje. Mogą to być ramiona, brzuch, kark, stopy czy dłonie. Są osoby, które budzą się z poranionymi rękami od zaciskania pięści. To, w którym miejscu w ciele trauma się zapisuje, zależy od naszej fizjologii i rodzaju przeżycia. Jeżeli źródłem traumy jest doświadczenie związane z seksualnością może to być miednica. Tam zamraża się historia. Jesteśmy wolni od traumy, kiedy bez problemu możemy o niej opowiedzieć i jednocześnie odczuwać swoje ciało, jednak z moich obserwacji wynika, że zazwyczaj tracimy zainteresowanie tą historią.

Czyli rozum stara się przechytrzyć nasze ciało. Jak Somatic Experiencing pomaga uleczyć traumę, którą zamrażamy w ciele?

 Terapeuta rozmawia z klientem o tym, co się wydarzyło tuż przed doświadczeniem traumatycznym i zaraz po. A nie o samej historii. Pyta się, co się w tym czasie dzieje w jego ciele, bardzo uważnie i delikatnie. Peter A. Levine uczy terapeutów, by zauważali moment, w którym klient już za bardzo zbliża się do traumatycznego przeżycia. Wtedy należy sięgnąć do zasobów klienta, które terapeuta zebrał podczas wcześniejszych sesji. W ten sposób osoba w traumie zaczyna wracać pamięcią i ciałem do tych chwil sprzed zagrożenia i sama zaczyna regulować swoje reakcje w ciele.

Czym są zasoby klienta?

 W czasie pierwszych sesji terapeuta dowiaduje się, co daje klientowi poczucie stabilności w ciele. Zadaje pytania: co sprawia, że czujesz się komfortowo, jak to rozpoznajesz? Jakie masz pierwsze skojarzenie z przyjemnością? Np. może to być sposób siedzenia, odczuwanie nóg. Strategiczną postawą, nad którą się pracuje, są dobrze osadzone na podłodze nogi i oparcie pod plecami. Wracając do tej pozycji, osoba w traumie czuje, że się nie przewróci, czuje się bezpiecznie. Jednak nie możemy niczego z góry zakładać –to klient sam dla siebie ma znaleźć poczucie stabilności. Zasobami są również obrazy np. plaża, góra, otwarta przestrzeń, kolory, zapachy, dotyk, dźwięki. Klient zaczyna zauważać: o, wstrzymałem oddech, co będzie jak zacznę swobodnie oddychać? I wtedy może przychodzi do głowy jakiś obraz. Układ nerwowy zaczyna sam się regulować.

Czasem trudno rozpoznać i nazwać odczucia w ciele.

Tak, dlatego to długi proces. Terapeuta czeka, nie pospiesza. Ważny tu jest szacunek i zaufanie do klienta. Wiara w jego wewnętrzną mądrość. Jako terapeutka nie mogę oceniać, podpowiadać, bo wiem lepiej. W końcu osoba zaczyna mówić, że odczuwa lekkie napięcie, że ma spłycony oddech i uczy się rozluźniać. Zauważa, że jeśli w tym momencie skupia się na oddechu, oddech się wydłuża, wtedy zaczyna ufać ciału. Często w przypadku traumy nasze ciało jest dla nas piekłem.

Nurse Comforting PatientNie chcemy poczuć smutku, tłumacząc sobie, że to oznaka słabości i trzeba go stłumić, a okazuje się, że tak naprawdę za smutkiem kryje się wielka rozpacz, przerażenie, których się boimy. Ze strachu, że się rozpadniemy nie dopuszczamy do siebie tego przerażenia. Trzymamy je w ciele i blokujemy. Na prośbę: spróbuj to poczuć, często słyszę komunikat od klienta: nie mogę tego poczuć, bo się rozpadnę. Ciało wysyła sygnał: nie przeżyjesz tego. Wtedy cofamy się i łapiemy moment, kiedy jeszcze nie doświadczał tego smutku, ale już był blisko. I tak zaczyna się nauka jak wchodzić w stan równowagi, korzystając z własnych zasobów.

No dobrze, w czasie sesji, w czasie terapii w obecności terapeuty osoba w traumie zaczyna się dobrze czuć, potrafi nazwać odczucia w ciele, przywołać dobre skojarzenie, wyregulować układ nerwowy. Ale co dzieje się po wyjściu z gabinetu, po skończeniu terapii? W dalszym życiu? Czy SE jest skuteczna długoterminowo?

Tak. Terapia kończy się dopiero, gdy klient wyjdzie z traumy. Sesje Levine’a z żołnierzami są najlepszym tego dowodem. Żołnierze uwalniali się od tików, które pojawiły się na skutek doświadczenia np. huku bomb. W tej metodzie najważniejsze jest, że terapeuta tylko zadaje pytania, a klient sam uczy się, jak może sobie pomóc. Gdy wychodzi na zewnątrz, nie zapomni tego, bo sam do tego doszedł, sam się rozluźnił, skorzystał z oparcia czy przywołał obraz wspierający. Terapeuta dodatkowo wzmacnia tę naukę.

Zatrzymuje się na momentach rozluźnienia i dopytuje. Przepracowujemy te momenty jakby w zwolnionym tempie. Obserwujemy wspólnie, że ciało inaczej reaguje w chwili zagrożenia. Nie wpada już tak łatwo w panikę, bo mimowolnie pojawia się skojarzenie, czerpie z tych zasobów, których wcześniej nie było świadome.

Na przykład?

 Kiedy widzę wypadek, roztrzaskany samochód, krew, pogotowie, słyszę wycie syreny, moje ciało ma już utrwalone obrazy i skojarzenia, które nie pozwolą mi wpaść w panikę i wrócić do mojej historii. Już mam przepracowaną traumę na wszystkich poziomach i na to miejsce pojawia mi się skojarzenie, które wypracowałem- ten obraz czy dźwięk mnie reguluje. Ciało zaczyna odwracać proces, a ja pozostaję w równowadze.

Czy Somatic Experiencing jest metodą stosowaną w szpitalach? Czy idzie w parze z terapiami farmakologicznymi?

Niestety nie idzie w parze, bo zazwyczaj lekarze są zamknięci na takie metody. Moje koleżanki psycholożki pracujące w szpitalach czy to na oddziałach neurologicznych, czy intensywnej terapii są tam samotne, bo lekarze nie traktują poważnie metod, które one stosują w swojej pracy. Nawet lekarze, którzy poza farmakologią, chcieliby wprowadzać inne formy terapii czy badać ich skuteczność muszą to robić, mówiąc kolokwialnie, „poza protokołem”. Inaczej wygląda to np. w krajach skandynawskich czy w Izraelu, gdzie nawet dofinansowuje się szkolenia w zakresie SE. Na świecie SE stosuje się też w szpitalach przed i po operacjach. Każde cięcie ciała skalpelem może wywołać traumę.

Mam wrażenie, że ci, którzy potrzebują pomocy w leczeniu traumy, nie są świadomi, że takie metody jak Somatic Experiencing istnieją i są skuteczne, skoro świat naukowy, przynajmniej w naszym kraju, je ignoruje. Jeżeli mamy w swoim otoczeniu osobę, która nie potrafi poradzić sobie z jakimś doświadczeniem, jak możemy namówić ją na pomoc? Nie zrazić, ale nakłonić?

Pierwsza rzecz, proponuję przyjrzeć się sobie: dlaczego ja chcę tej osobie pomóc? To jest niezwykła praca dla siebie: co takiego we mnie się dzieje, że nie mogę udźwignąć, że ta osoba przeżywa traumę? I może zabrzmi to już nienaukowo, ale magiczne jest, to że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, jeśli ja przepracuję zmartwienie tą osobą, szczególnie gdy jest to ktoś nam bardzo bliski np. dziecko, nie wiem jak to się dzieje, ale nagle u tej osoby zaczyna być dużo lepiej. Warto siebie pytać, co się ze mną dzieje, gdy się martwię o kogoś? To bardzo nas uwalnia, stajemy się odpowiedzialni za nasze relacje.

Drugi sposób, to zapytać tej osoby, czy chce sobie pomóc i uszanować, jej odpowiedź -jeśli usłyszymy: nie. Może nie jest gotowa. Może to zły czas. Nie zakładajmy, że jeśli u kogoś dzieje się coś złego, to potrzebuje pomocy w tym momencie. To naturalne, że chcemy, by bliscy czuli się szczęśliwi. To jest jak z zamartwianiem się. Sama bardzo martwiłam się o bliskich. Zaczęłam się więc temu mechanizmowi się przyglądać. Często martwiąc się o kogoś, osłabiamy tę osobę. Stawiamy się w pozycji, że jesteśmy lepsi. Martwię się, czyli uważam, że on, ona jest słaby, że sobie nie da rady. Ale skąd mam ten pomysł? Po jakimś okazuje się, że ten ktoś jest bardzo silny i zaradny. Warto odpowiedzieć na pytanie czy nasze myślenie wzmacnia osobę, której chcemy pomóc? Prosty przykład: Czy jako dzieci lubiliśmy kiedy nasi rodzice martwili się o nas? Dlaczego nie zjadłaś śniadania, jak ci nie pójdzie na tym spotkaniu, to co zrobisz? I jaką to w nas reakcję wywoływało? Mamo, uwierz we mnie trochę. Dlaczego postrzegasz mnie taką bezradną? Nic mi nie jest, nie jestem głodna. Dam radę. Nawet gdy nie komunikujemy bliskiej osobie, że się martwimy, ale tak myślimy, to ona i tak to odczuwa i to ją osłabia. Lepiej pomyśleć sobie: co silnego w niej widzisz? Ile razy już w życiu sobie poradziła? Zracjonalizowanie dlaczego chcemy pomóc czy się martwimy, często bardziej pomaga niż samo pomaganie. Dopóki nie zobaczę w drugiej osobie potencjału i siły do zmiany w żaden sposób jej nie pomogę, to dotyczy wszystkich relacji, również relacji terapeuta-klient. Jeśli jest to dla mnie trudne, to należy zastąpić chęć pomagania pracą nad sobą.

 

Zapraszamy na kolejne konferencje terapii pracy z ciałem, 17-18 2018dorota-holowka

http://konferencjapracyzcialem.pl/o-konferencji/

 

 

 

 

 

 

 

 

Book your tickets