„Czy jesteśmy gotowi podjąć ryzyko bycia szczęśliwym?”

1497740_658949464143846_1853831175_n

wywiad z Dorotą Hołówką- magazyn OH”ME

„Już nic dobrego mnie w życiu nie spotka”. Jak często myślimy w ten sposób? Zapędzamy się w kozi róg, z którego nie widzimy wyjścia. Siedzimy w swoim poczuciu beznadziejności własnego życia i świata, który jest przeciwko nam, bo nie daje nam szans na szczęście. I żadne „wszystko jest w twoich rękach” do nas nie trafia. Bo niby co ode mnie zależy? Co mogę zrobić, żeby moje życie zmienić, by stało się bardziej znośne?

Ewa Raczyńska: Dlaczego nie dajemy sobie prawa do szczęścia?

Dorota Hołówka: Po pierwsze robimy to nieświadomie, gdyż działamy według wzorców, które utrwaliły się nam w dzieciństwie. Już wtedy zaczynamy wierzyć w coś, co ktoś do nas mówi na przykład: „Na szczęście trzeba zasłużyć”, „Nic się samo nie zrobi”. Nie zawsze jest to komunikat pesymistyczny. Możemy słyszeć „jesteś najlepszy, dasz radę”, ale okazuje się, że ta motywacja była gdzieś w głębi duszy podszyta lękiem, że jednak sobie nie poradzę.

Cała ta energia myśli i emocji wpływa na nas w przyszłości. To ile z tego co dostaliśmy w spadku przyjmiemy jako prawdę będzie kształtować nasze życie. I to jest jedyny powód, dla którego w życiu nam się układa, albo się nie układa. Okazuje się, że jestem nieszczęśliwa dlatego, że noszę w sobie mocno zakorzenione przekonanie, że nie zasługuję na szczęście, że ludzie szczęśliwi to kombinatorzy – tak słyszałam w dzieciństwie. W związku z tym mam nieprzyjemną konotację, więc nie zamierzam dołączać do grupy szczęśliwych ludzi. Spotykam wśród swoich klientów ludzi, który twierdzą, że pozytywne nastawienie do życia to objaw naiwności.

Jak widać mechanizmy myślowe są bardzo różne, a to właśnie one sterują naszymi decyzjami.

Czyli trzeba sięgnąć do tego, z jakiego domu wyszliśmy, jakie mechanizmy zostały nam w spadku dane.

Tak i to niezależnie od tego, jaka była nasza rodzina. Bo możemy pochodzić z domu zamożnego, gdzie rodzice odnoszą sukces. Ale gdzieś w głębi duszy coś takiego się wydarzyło, że my nie chcemy należeć do tego środowiska, albo w jakiś sposób czujemy się gorsi. Dotyczy to zwłaszcza dzieci rodziców, którzy odnieśli spektakularny sukces. Dzieci takich rodziców czują się niewidziane, bo na świeczniku był tata lub mama. Przez resztę życia porównują się nieświadomie, i dźwigają ten ciężar.

Podobnie niewidziani mogliśmy czuć się wychowując się w biednej rodzinie, co skutkuje tym, że w dorosłym życiu muszę zrobić wszystko, żeby być widzianym. Taka osoba działa, odnosi sukcesy w życiu, tylko w tym przypadku motywacja nie do końca jest zdrowa.

Bardzo dużo zależy od tego, jak zinterpretujemy to, co się nam w życiu wydarzyło. Mamy taką tendencję do postrzegania naszego życia przez pryzmat rodziców, bo to ich wina, że taka/taki jestem, to wina środowiska, w którym się wychowałam, albo tego, że zawsze byłem biedny i nigdy nic mi się nie udawało – a wcale tak nie jest.

Możemy coś zrobić? Pomóc takiej osobie, uświadomić: „Hej życie masz jedno i od ciebie zależy jak je przeżyjesz”?

O osobach , które nie mogą ruszyć z miejsca – tkwią w swojej beznadziejności i cierpieniu mówimy, że są w zamrożeniu. One naprawdę mają problem, żeby ruszyć do przodu. Kiedy słyszą od innych: „Zrób coś, zmień coś. Odejdź od niego” (gdy mówimy o relacji), to jeszcze bardziej zapadają się w siebie, tracą siłę, bo ktoś im mówi, żeby coś zmienili, a oni nie mogą, więc czują się coraz gorzej.

Weźmy jako przykład kobietę, która jest nieszczęśliwa w związku i nie wie, jak się z tego wyplątać, jak coś zmienić w swoim życiu. W tej sytuacji jedynym wyjściem jest uświadomienie sobie, że ta relacja, w której jestem, czy to w czym jestem to odzwierciedlenie moich myśli o sobie, moich wyobrażeń na swój temat – na temat tego na co zasługuję, co mi się należy, jak jestem ważna. Z tym powinniśmy pracować.

Mogę sama sobie pomóc?

Być może trochę to kontrowersyjne, ale mam głębokie przekonanie, że można sobie samemu pomóc. Wystarczy zauważyć jak działam, jaką rolę w życiu sobie przypisałam. Do tej roli zawsze znajdę w życiu odpowiedni scenariusz i aktorów. I jeśli zauważę, w co gram w swoim życiu, kim jestem, jakie mam wyobrażenie na swój temat to już pierwszy krok. Kolejny to znaleźć w sobie gotowość, by zmienić swoją tożsamość na nową, napisać nowy scenariusz, który wychodzi poza nasze wyobrażenia o tym co możliwe i znaleźć w sobie zgodę na nowe- wtedy w naszym życiu dokonają się zmiany.

To spore wyzwanie, bo trudno porzucić to, co budowałam przez lata.

Tak, to trudne, bo dotychczas byłam w tym, co znane. I choć nie jest mi tu dobrze, to jednak wiem, czego się spodziewać, po tym cierpieniu.

Dodatkowo cały czas tę tożsamość wspieram poglądem, że nie mam wyjścia, że muszę w niej tkwić. I tu pierwszym krokiem jest wyobrażenie sobie, w jakiej innej roli bym siebie widziała. I nie chodzi tu o pełen kontrast, przeciwieństwo – że nagle jestem szczęśliwa, jestem z księciem z bajki i moje życie jest cudownie. Najpierw należy odpowiedzieć sobie na pytanie: w jakiej roli czułabym się dobrze. I tu zaczynają się schody, bo to najtrudniejsze pytanie, jakie pada w mojej pracy. Większość ludzi zaczyna opowiadać wyobrażeniami społecznymi, filmowymi. Mówią o swoich wyobrażeniach na temat związku, o tym, jaki partner powinien być, żeby czuć się lepiej. A tu nie o to chodzi. Najpierw trzeba znaleźć swój stan emocjonalny, z którego dopiero powinniśmy stworzyć obrazy. Upraszczając: jeśli czuję się źle, to należy pomyśleć, jaki stan emocjonalny sprawiłby, żebym poczuła się dobrze i dopiero wyobrazić sobie, kto by wtedy przy mnie był, co wokół mnie by się zadziało, jak by moje życie wyglądało, kogo bym spotykała, co bym robiła.

Trochę odwrotnie niż zazwyczaj: najpierw emocje, a później obrazy.

Kiedy pytam: „jakbyś chciała, żeby twoje życie wyglądało”, to słyszę wizję rozsnuwaną przed oczyma. Ale, gdy zadaje kolejne pytanie: „co czujesz w ciele, jakie emocje tobie towarzysza”, to pojawia się płacz, napięcie w gardle i brzuchu, bo okazuje się, że nie jestem gotowa przyjąć tego co widzę.

Dlatego tak ważne jest, by zacząć od stanu emocjonalnego. My marzymy o wielkiej miłości, a nasze ciało mówi: „miłość nie jest przyjemna, nie jest bezpieczna, pamiętasz, jak on cię zranił? Jak się zakochasz, ktoś może cię odrzucić, przypomnij sobie, jak się czułaś”. I tak można próbować w nieskończoność. Najpierw musimy zmierzyć się ze stanem emocjonalnym, oswoić go, uporać się z nim i wtedy możemy budować wyobrażenia o nowym życiu.

Często mówimy: „chciałabym, żeby on był dla mnie lepszy, by dzieci były grzeczniejsze”.

Ważna jest świadomość tego, co ja mówię. Gdy komunikuję: „Chciałabym, żeby mój mąż był dla mnie lepszy” to trzeba zastanowić się – jaką ja widzę kobietę w tym momencie. Zamienić „chciałabym, żeby on był dla mnie lepszy” na „chciałabym być w relacji, w której czułabym się dobrze, spokojnie i bezpiecznie”. I znaleźć ten swój stan emocjonalny. Chciałabym czuć się relacji, w której będę doceniona i co to dla mnie znaczy, czuć się docenioną. To jest świadome wizualizowanie celu.

Więc dlaczego tego nie robimy, tylko wybieramy nieszczęśliwe życie?

Problemem jest przywiązanie się do tożsamości cierpiętnika, czyli człowieka, który przez długi czas był w cierpieniu, w nieszczęściu. Warto się temu przyjrzeć, odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie mamy korzyści z bycia nieszczęśliwym, bo przecież nie tkwilibyśmy w tym, co nam nie daje korzyści. Może będąc nieszczęśliwym bardziej zwracam na siebie uwagę? Wszystko zależy od tego, co sobie wmówimy, dlatego tak trudno jest nam stworzyć nowy wzorzec. Najtrwalsze zmiany to te, które przeprowadzamy małymi krokami- tylko wtedy nasz układ nerwowy zdąży przetransformować stare w nowe.

Zaczynamy więc od wyobrażeń, że to też jest fajne, że ta inna tożsamość, która będzie radosna, szczęśliwa i rozluźniona też będzie mi służyła. Ale to my sami musimy się do tego przekonać, bo nikt nigdy w żaden sposób nie zdoła tego zrobić za nas.

Często nieświadomie pozostajemy w poczuciu beznadziei, bo boimy się zacząć działać ze względu na obawę przed oceną lub porażką. Trzeba sobie jednak uświadomić, że celu nie osiągają dwa rodzaje osób. Jedna grupa to ta, która chce szybko i natychmiast coś zmienić w swoim życiu, a druga to ta, w której ludzie uważają, że oni sami są przeszkodą. Na przykład myślę o sobie, że nie jestem atrakcyjna i jeśli wyobrazimy sobie przeszkodę, jako kamień na drodze, którym to kamieniem jesteśmy, to nie ma szans, by tę przeszkodę ominąć. A to właśnie dzięki przeszkodom zmieniamy siebie, napotykamy je po to, by mieć nowe życie. Nie da się osiągnąć nowego życia bez zmiany swoich przekonań, myślenia o sobie.

Dlatego musimy iść malutkimi kroczkami, by przy każdej przeszkodzie poradzić sobie z naszym systemem obronnym, który mówi: „daj sobie spokój, po co ci to, i tak się nie uda, pamiętasz, już kiedyś się nie udało”. Przeszkody mają za zadanie zmienić nasz sposób myślenia, po to żeby osiągnięcie celu stało się możliwe. Jeśli chcemy iść na skróty możemy spodziewać się zmian pozornych, ale nie na poziomie emocjonalnym.

Każdy może to zrobić?

Z mojego doświadczenia zawodowego mogę powiedzieć, że nie istnieje osoba, która nie mogłaby sięgnąć po marzenia, zrealizować swoje cele, być szczęśliwa.

Może się okazać, że sytuacja, w której czujemy się nieszczęśliwi – na przykład małżeństwo, jest jednak dla nas dobra?

Oczywiście. Często, gdy pracujemy w grupie, w tak zwanym polu, widać, jak w ciągu kilku minut, gdy zaczynam inaczej rozmawiać z samym sobą, prowadzimy inny dialog wewnętrzny, zmienia się układ w całej naszej rodzinie. Nie tylko w relacji kobieta – mężczyzna, ale też w relacji z dziećmi. Pamiętam taką sesję: kobieta, mężczyzna i dwójka dzieci. Mąż czuje się słaby, nie ma siły, nie podejmuje działań, niczego nie proponuje. A kobieta zachowuje się jak ofiara, ma spuszczoną głowę, mówi tylko do dzieci. Wygląda na bardzo zmęczoną osobę. Gdy pytam, co mówi do siebie, odpowiada: „Nie mam siły”. Idąc dalej proszę, by zastanowiła się, co by chciała pozytywnego sobie powiedzieć i przychodzi jej do głowy: „Ciesz się z tego co masz” . I nagle sytuacja zmienia się diametralnie. Dotychczas było tak, że ojciec wchodził do domu, dzieci na nim się wieszały, on się denerwował, bo był zmęczony. Obiad jedli w ciszy, kobieta siedziała z boku. Po zmianie dialogu wewnętrznego – mężczyzna wchodzi do domu i zauważa żonę, podchodzi do niej. Ona czuje wzmocnienie i prosi dzieci, żeby dały tacie odpocząć. Siadają do obiadu i mąż zaczyna snuć plany, co zrobią, że pójdą na basen. Kobieta siada obok niego przy stole. To jest niesamowite.

Później mężczyzna zapytany, dlaczego zachował się inaczej, nie umiał odpowiedzieć, nie wiedział, że kobieta inaczej ze sobą rozmawia. I to się dzieje za każdym razem. Sam dialog wewnętrzny daje nam siłę do wyjścia z nieszczęścia. Przeprowadziłam setki takich sesji i nigdy mi się nie zdarzyło, żeby nie dochodziło do diametralnej zmiany.

To pokazuje, jak pod wpływem mojego sposobu myślenia, zmienia się ktoś inny. Do takiej zmiany w każdej chwili mamy dostęp. Trudnością jest takie myślenie utrzymać, ale jest to do zrobienia. Jeśli znajdziemy w sobie tyle silnej woli, żeby to ćwiczyć, to mamy podstawę do tego, żeby żyć szczęśliwie.

Tylko czy gotowi jesteśmy podjąć ryzyko bycia szczęśliwym?

DOROTA HOŁÓWKA

http://www.nowapsychologia.com/doradcy/

11987167_10204925298959326_8676385067357838301_n-2

Book your tickets